Battlestar Galactica

 

 

Na pewno nie raz słyszeliście opowieści o buntach ras bądź grup społecznych przeciwko swoim panom (nasza historia obfituje w takie wydarzenia). Uciemiężeni poddani chwytają za broń, by walczyć o swoją wolność. W literaturze, filmie, historii to oni są bohaterami pozytywnymi i to im najczęściej kibicujemy, by sprawiedliwości stało się zadość. „Battlestar Galactica” odwraca te standardowe role.

 

Gra planszowa oparta jest na motywach epickiego serialu pod tym samym tytułem i aby choć trochę zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, niezbędnych jest kilka słów fabularnego wstępu. Otóż zamieszkująca dwanaście kolonii ludzkość stworzyła cylonów – maszyny służące ludziom. Cyloni zbuntowali się i wybuchła krwawa wojna, po której nastąpił rozejm. Maszyny odleciały w nieznanym kierunku, by po czterdziestu latach wrócić, silniejsze i ze zdolnością przybierania ludzkiej postaci. Gwałtowny i brutalny atak cylonów doprowadził do niemal całkowitej zagłady ludzkości. Ocalało zaledwie pięćdziesiąt tysięcy osób zgromadzonych na kilkudziesięciu cywilnych statkach kosmicznych, eskortowanych przez jedyny okręt wojenny – krążownik starego typu „Galactica”. Ludzie rozpoczynają poszukiwania nowego domu, bezustannie nękani przez ścigającą ich flotę maszyn. Szybko przekonują się, że cyloni przeniknęli do ich szeregów.


 

Grę zaczynamy, gdy „Galactica” na czele cywilnej armady leci na Kobol, potencjalny nowy dom dla ludzi. Gracze wcielają się w członków załogi krążownika i personel cywilny. Są tutaj piloci, oficerowie, politycy, technicy, wszyscy wyposażeni w pakiet umiejętności i cechy indywidualne. Gwarantujące zwycięstwo zadanie doprowadzenia floty na Kobol jest nadzwyczaj trudne – statki są nieustannie atakowane przez cylońskie rajdery i basestary, co chwilę pojawiają się kryzysy, które gracze muszą wspólnymi siłami przezwyciężać. A tak naprawdę rozwiązanie kryzysu to wybór mniejszego zła. Z każdą tutą kurczą się zasoby floty, jest coraz mniej paliwa, żywności, spada morale, dodatkowo tracimy statki cywilne i giną tak bardzo potrzebni ludzie… „Galactica” walczy jak może, wokół niej uwijają się kolonialne myśliwce wdając się w rozpaczliwe pojedynki z rojami wrogich rajderów. Udany skok w nadprzestrzeń to chwila oddechu dla udręczonych ludzi. CylonCylon A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo pod powierzchnią czai się paranoja. Tak, paranoja i depresja. Z prostej przyczyny – na początku gry, po wyborze postaci, gracze otrzymują karty tożsamości, których treść należy zachować w bezwzględnej tajemnicy. A ta informuje nas, czy jesteśmy człowiekiem czy cylonem… Mało tego. Mniej więcej w połowie rozgrywki następuje drugie rozdanie kart tożsamości. Wynika z tego, że na początku, nawet jeśli wydaje się nam, że jesteśmy człowiekiem, nagle może się okazać, że tak naprawdę zawsze byliśmy cylonem, tylko o tym nie wiedzieliśmy. Ma to kolosalny wpływ na grę i panującą przy stole atmosferę. Z jednej strony trzeba współpracować, razem stawiać czoła kryzysom, z drugiej nikomu nie można do końca ufać, bo a nuż ktoś już jest cylonem? A może w połowie gry my sami nim się okażemy? A zatem czy z całych sił działać na rzecz floty, czy trochę odpuścić, bo może samemu sobie potem zaszkodzimy? Ale działanie na pół gwizdka sprowadzi na nas podejrzenia innych, a przecież wcale nie musimy być tym przeklętym wrogiem. Daję słowo, oszaleć można… I uwielbiam te chwile przy grze, gdy rozdawane są karty tożsamości. Serce wali nieco szybciej, wszyscy dyskretnie obserwują swoje reakcje, pilnując się, by zachować twarz pokerzysty i nie zdradzić z emocjami.

 

Co może gracz, który wylosował maszynę? Może sabotować rozwiązywanie kryzysów, a jeśli jest dostatecznie sprytny, próbować manipulować innymi i kierować podejrzenia na kogoś innego, doprowadzając nawet do aresztowania człowieka. Przy partiach w pełnym składzie cylonów może być dwóch, wtedy znakomitą strategią dla nich jest ujawnienie się jednego z nich i jawne „brużdżenie” ludziom, podczas gdy drugi „blaszak” działa w ukryciu.

Nie sposób opisać emocji towarzyszących rozgrywkom w „Battlestar Galactica”. Flota cylońskaFlota cylońskaTo gra absolutnie depresyjna, z poczuciem beznadziei i paranoi, potrafiąca nieźle namieszać w psychice graczy. Wyobrażacie sobie sytuację, gdy, będąc człowiekiem, uczciwym załogantem krążownika, pozostali są nagle zgodni co do tego, że jesteście cylonem? Protesty i zaklinanie, że to nieprawda, tylko pogorszą Waszą sytuację. Tu obowiązuje zasada, że im bardziej zaprzeczasz, tym bardziej działa to przeciwko Tobie. Trafiacie do aresztu, Wasz wpływ na sytuację maleje, a prawdziwy cylon zaciera ręce. I nim reszta połapie się, że została zmanipulowana i popełniła koszmarny błąd, może być za późno – „Galactica” straci zasoby, zostanie rozbita, albo na jej pokład wedrą się centurioni – maszyny bojowe przeciwnika.

 

„Battlestar Galactica” to gra w moim skromnym odczuciu genialna. Kooperacja z motywem zdrajcy dodaje tu niesamowitego klimatu. Znajomość serialu nie jest potrzebna, choć obejrzenie kilku pierwszych odcinków na pewno pomoże bardziej wczuć się w duszną atmosferę gry (swoją drogą i tak warto poznać najlepszy serial sci-fi wszechczasów, przy którym np. taki Star Trek wygląda jak totalne nieporozumienie), tym bardziej że oprawa graficzna tytułu czerpie garściami z filmu (na wszystkich kartach widnieją sceny z serialu). Myślę, że nad planszą odnajdą się także osoby nie przepadające za tematyką science-fiction, za to lubiące manipulację, wzajemne podejrzenia i nieufność przy grze (wiem, to paskudne cechy), ale przede wszystkim kooperację. Tylko uważajcie, gra potrafi tak wciągnąć w swój świat, że po rozgrywce trzeba chwili na ochłonięcie i ponowne spojrzenie na partnerów od planszy jak na dobrych znajomych, a nie knujących przeciwko nam zdrajców.

 

Piotr